Przedwczoraj, oczekując aż Aś skończy ćwiczenia, siedziałam jak zwykle pod gabinetem N. Ponieważ jest to pora późna, panie sprzątające pomykają to tu, to tam i zawzięcie porządkują. Jedna z pań otworzyła sobie sąsiadujący z N. gabinet, weszła, posprzątała, wyszła. Myślałam, że wejdzie i do N., ale niestety. Jego gabinet pozostał w nieładzie. Rozmawiam potem o tym z Aś. A: ale faktycznie, jakbyś weszła w układ z tą panią, i miała klucze do jego gabinetu, to byłoby nieźle. Ja: ależ ja bym Mu sprzątała! każdą szufladę do samego dna! i sprawdziłabym, czy ma zainstalowane najnowsze gg na komputerze w pracy. A: po co mu w pracy najnowsze gadu-gadu? z kim miałby rozmawiać? z Bartusiem? chodź, synu. chcesz? poczytam ci Platona. Bartuś: ok. N: to włącz videorozmowę. i nie mów mi, że masz problemy z łącznością.
Rozmawiamy z Aś o wykładzie N. A: on czaruje głosem... ma świetną intonację. (chwila zamysłu) ten foniatra czyni cuda.
Czytałam książkę w drugim pokoju, postanowiłam przejść do salonu. N. śpi na kanapie. Podchodzę i zdejmuję Mu okulary, coby nie zrobił krzywdy ani sobie, ani im. N: co robisz? Ja: zdejmuję ci okulary... N: specjalnie w nich zasnąłem. żebym widział, do kogo strzelam, jakby mi się wojna przyśniła.
Miotam się po mieszkaniu na ulicy C. Dzwoni N. N: powiedz mi co kupić, to po drodze zrobię zakupy. Ja: daj spokój. przyjedź po mnie, to pojedziemy razem. N: nie ma sensu. sam to dam radę załatwić. mów. Ja: i tak nie zapamiętasz. N: mów. Ja: ok. kup piętnaście deko sera salami, tyle samo goudy i wędzonego, bo lubię. albo morskiego. ale koniecznie tego jasnego. mleko dwuprocentowe. dwa twarożki, oczywiście jeden pomidorowy, o właśnie! kup pomidory! te gałązkowe, bo lepsze. no i paprykowy też możesz kupić, ale papryki nie kupuj. kup mi sałatę. jakąś ładną. i jabłka. zielone albo te co leżą obok nich, takie żółte... no wiesz które, nie? zapomniałam! szynkę kup! polędwicę miodową dla mnie i Bartosza, a dla siebie to co chcesz. i jakąś kiełbasę też kup. zjemy. kup jogurty. obojętnie jakie, ale nie te zbożowe ze śliwkami, bo są obleśne. w sumie to kończy się herbata, ale jeśli uważasz, że wystarczą nam dwie torebki do poniedziałku, to nie kupuj. no i dobrze by było kupić nowy żel pod prysznic, bo go skończyłam rano i kup pastę do zębów, bo ta zaczyna śmierdzieć... pieczywo! widzisz! zapomniałabym! chleb razowy z ziarnami, tylko patrz na datę ważności. Bartosz chce bułki pomidorowe. sobie kup tosty, bo lubisz. a wiesz co... jak będziesz na kosmetykach to zerknij na szampon dla mnie, ok? przydałby się sos italia. bo wtedy dałabym go do ryżu albo kotletów. to weź neapolitański albo pikantny. o a propos! keczup! a skoro już jesteś clio, to machnij się na wody i soki. takie trzy tymbarki pomarańczowe to by mi się przydały... no i kup sobie ferrero, żebym ci mogła zawiesić na drzwiach. i kartę do telefonu, bo dużo zabulisz za tę rozmowę. no dobra. to powtórz. N(cisza): to za ile minut będziesz gotowa?
Wczorajsza długa rozmowa w komentarzach była iście fascynująca! Aś zabroniła mi używać słów moralny, spirytualistyczny i ja jako związek wyrazowy.
Wczoraj w werwie pisania. Ja(mrucząc pod nosem): po prostu moje moralne spirytualistyczne ja nie zgadza się z twoim moralnym spirytualistycznym ja. A: zaraz ci przypierdolę...
Idę dzisiaj do biblioteki. Nie zwracając uwagi (ostatnio tak mam) na samochody, przechodzę sobie spokojnie ulicę C. i wreszcie zdarzyło się to, na co tyle razy czaiłyśmy się rok temu: N. gwałtownie przede mną zahamował. N(wychodząc z clio): podwieźć cię? Ja(dochodząc do siebie): mało co mnie nie przejechałeś... wolę jechać autobusem. będzie bezpieczniej. N: podwieźć cię na przystanek? Ja: no wiesz?! a jakbym chciała wyjść za mąż za Ciuchokira to co? podwiózłbyś mnie do kościoła? N: a chcesz wyjść? Ja: nie. N: to co się głupio pytasz. No tak. Kościoły mają swoje własne piorunochrony.
Wysiadamy przed wydziałem. Ja: ty wejdź głównym, a ja wejdę bocznym. N: a może ty wejdź głównym, a ja wejdę przez okno? zostawiłem otwarte. będzie jeszcze bardziej tajniacko.
Stukając długopisem w biurko. Ja: ach to biurko... N: czy to jest propozycja? Ja(rzut oka na bałagan): gdzie? na tych pudłach z indeksami? N: kiedyś ci to nie przeszkadzało. Ja: wcześniej nie było tu tylu pudeł. pamiętam, że raptem raz zrzuciłam ci wizytownik z biurka. N: rozumiem, że chciałaś mi dać do zrozumienia, że więcej wizyt tego dnia nie będzie.
Aś zaczyna wróżyć mi z ręki. A: patrz. na tej ręce masz dużo małych kreseczek. i to są związki. różne. a na tej masz jedną wyraźną. i to jest N.
Mój raj ma też swoje okna:) Niestety nie są to już okna od strony deptaku, tylko od szkolnego boiska, ale za to są dwa! :)
Z mojego nieustannego (myślę o N. średnio raz na trzy minuty) fantazjowania o N. zaczęłam wszędzie Go czuć. Pominę moje wciąganie powietrza, jak akurat przechodzi obok nas i podążanie za zapachem po schodach...
Na wczorajszej konferencji Jego zapach panoszył się wszędzie. Rozmawiając potem o tym z Aś. A(oburzona): faktycznie. jego perfumy waniały po całym wydziale!
Dzisiaj miałam to samo. W Empiku, przed salą, przed gabinetem, w przeciągu, na korytarzu... W pewnym momencie nawet wydawało mi się, że N. siedzi w swoim gabinecie, bo słyszałam Jego głos i ruszanie się przedmiotów, ale logika podpowiadała mi, że na pewno w ciągu dwóch godzin by wyszedł. No cóż. Tak to już jest. N. po prostu mną zawładnął.
Na dzisiejszym wykładzie scenariusz jak zawsze: ja wpatrująca się w N., Aś przenosząca spojrzenie z N. na mnie i uśmiechająca się, a na moje uprzejme pytanie co? - odpowiadająca błyskotliwie - nic i uśmiechająca się dalej:) lov!
N. wspomniał, że czasami śni Mu się wojna. I że strzela do Germańców. Aś zauważyła, że ma interesujące dłonie, którymi ciągle coś robi, a mnie się bardzo podoba co z nimi robi. Raz przesunie mikrofon, raz dotknie książki, raz założy sobie ręce na piersi (ach te Jego ramiona i opinająca je marynarka!), raz podniesie je do góry, raz złoży w pięść... A: cały czas tymi paluchami narabiał! Po czym, refleksyjnie siedząc na krześle w kuchni w sposób wysoce niewskazany dla kręgosłupa, a ja leżąca na stole w sposób wysoce niewskazany dla moich żeber: A: On ma małe uszy, małe dłonie, mały nos... ciekawe co (moje łypnięcie) jeszcze...
Od wczoraj jestem bowiem także zafascynowana wyglądem Jego ud w spodniach. Zauważyłam je jakoś wczoraj, gdy na konferencji usiadł przed nami. Poinformowałam o tym Aś, tak samo jak o tym, że ma idealny brzuch, na który często zwracam uwagę, zerkając jak układa się koszula, gdy ma rozpiętą marynarkę i siedzi (ma płaski! Aś! słyszysz?! płaaaaaski!).
Rozmawiając o telefonach. Ja: mnie się starła dwójka. abc. A: a mnie szóstka. mNo. ciekawe dlaczego...
Czyli jak Aś indoktrynuje moje poczucie wartości i stara się je na siłę podnosić, co doceniam, ale to raczej skazane na niepowodzenie. Komentarzy od groma, a żaden konstruktywny;p
Dzisiaj nie będzie zabawnie. Dzisiaj będzie inaczej.
Przede wszystkim, mamy cudownego starostę grupy, który tak zakręcił, że zamiast cywila znaleźliśmy się na konferencji o zawodach prawniczych, którą notabene otwierał N. Wszędzie czułam Jego perfumy, było mi z tego powodu cudnie duszno, a Aś powiedziała, że jest świetnie ubrany.
Idąc do sali, gdzie miała być debata. A(widząc N. głosem kochanej cioci zwiastującej coś w stylu popatrz, gdzie jest ciocia!): zobacz kto tam jest... N.!
Potem siedząc na piętrze znów spotkałyśmy N. Był spóźniony na swoje ćwiczenia jakieś 5-10 minut i nagle wyłonił się zza rogu i szedł tak ostententacyjnie wolno, że aż pasowałoby do Niego określenie - lazł. Byłam w takim szoku, że On potrafi tak wolno chodzić, że nawet nie odpowiedziałam na Jego uprzejme smacznego, gdy jadłam kanapkę. Dopiero Aś zwróciła mi uwagę, że jestem niegrzeczna nie odpowiadając i wtedy rozległ się mój pisk i skowyt, że jak to? To On mi coś powiedział? Wyszłam na buraka! Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że tuż za nami siedziały dwie dziwne dziewczyny z naszej grupy.
Powinnam zdecydowanie ograniczyć operowanie piskiem i skowytem na widok N. i zdecydowanie używać tajemniczych pseudonimów, bo coraz więcej osób widzi to, co widzi.
Mknąc po schodach. Ja: dzień dobry. N: mówiła mi już pani dzisiaj dzień dobry. Ja: grzeczności nigdy za wiele. N: wolałbym, żeby była pani niegrzeczna. powiedzmy... dziś wieczorem?
Jedziemy autobusem. Gadamy o tym, że ostatnimi czasy na wydziale rzadko kiedy mówię N. dzień dobry, ale głównie dlatego, że On bardzo szybko chodzi i zanim zakonotuję, że przeszedł, to On już pójdzie, a ja się przecież drzeć nie będe, nie? A: rok temu to ja dopiero byłam in cognito! Ja: no. nawet dzień dobry N. nie mówiłaś. bo teraz to już się zniżyłaś do tego poziomu i mówisz. A: za to ty stoisz ponad.
Chasamy po leclercu to tu, to tam niczym rozbrykane tygryski ze stumilowego lasu (jakby rzekł N.). N(dzwoniąc): co robisz? Ja: przyglądam się czekoladzie Lindt Excellence ze skórką pomarańczową. N: mam być zazdrosny?